Bóg kobietą, czarny apostoł, Jay i Cichy Bob jako prorocy i genialna Salma Hayek jako muza, czyli zabawnie o religii w amerykańskim stylu. Niech nie zrazi was kraj produkcji (amerykańskie kino jakie jest, każdy widzi), sam początkowo sceptycznie podszedłem do tej komedii z końca lat `90, ale po wczorajszym seansie muszę się podzielić wrażeniami.
Jeszcze nigdy nie usłyszałem w komedii o poczuciu humoru średnich lotów tylu wartościowych zdań. Film przedstawia bieg wydarzeń prowadzący do końca świata, ale pełny zadziwiających zwrotów akcji. Jego wymowa pokazuje nam, ze religia wcale nie musi, a nawet nie powinna być wiecznym umartwianiem. Bóg wcale nie musi być osobą, którą cieszy nasze ascetyczne życie, a wręcz przeciwnie - sam chętnie bawi się kosztem ludzi, by zrozumieli, żeby nie brać życia zbyt serio.
Tego sie nie da powiedzieć, to trzeba zobaczyć. Naprawdę polecam